Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

image001Poniższym artykułem chciałam zaprosić Państwa do mojej kolejnej książki poświęconej suplementom diety. Nie znajdziecie w niej magii, obietnic bez pokrycia, ale zdrowy rozsądek.

Stare książki i zabawki ….

 

Mam ogromne poszanowanie dla starych, wiekowych książek. Współcześnie niektórzy określiliby to jako przejaw chorobowego zbieractwa. No ale cóż począć, nie miałam serca wyrzucić swojego elementarza, pierwszej bajki z pięknymi ilustracjami, którą dostałam od mamy na urodziny. Czasem mam wrażenie, że moje pokolenie, ludzi końca lat 70 i początku 80, to ostatnie „sztuki” przejawiające jakikolwiek sentyment dla dowolnych śladów osobistej historii. Myślę, że w dużej mierze owy sentymentalizm zaszczepiła we mnie mama. Ona nigdy nie wyrzucała żadnych książek z domu, chyba że czasem wyprzedził ją ojciec w szale „niedzielnego” porządkowania (niedzielnego, bo zdarzało się to raczej „od święta”). Jeżeli uważała jakieś pozycje za zdezaktualizowane wynosiła je do piwnicy, gdzie nikomu nie przeszkadzały i mogły czekać chwili gdy ktoś z bliskich wykaże zainteresowanie nimi, bądź z jakiś względów pojawi się zapotrzebowanie na zawarte w nich treści. Dziś, w czasach szeroko rozwiniętego konsumpcjonizmu, żyjemy zgodnie z ideą: kupić, wykorzystać, pozbyć się i zrobić miejsce na nowe. Często owe wykorzystanie jest niezwykle pobieżne i napędzane wolą kolejnego aktu kupna, który ma nas wprowadzić w stan tak lubianej, chwilowej euforii zakupowej.

 

Pamiętam, że ile razy ojciec schodził do piwnicy w poszukiwaniu jakiś narzędzi to zawsze wracając wykrzykiwał na mamę, że powinna już wyrzucić moje stare lalki i komiksy brata, bo zagracają jego „piwniczne królestwo”. Mama jako stanowcza osoba oczywiście była niewzruszona i z wielką siłą broniła „skarbów rodzinnej przeszłości”. Dziś ja mam 37 lat. Mama 4 lata temu doczekała się pierwszej ukochanej wnuczki. Wiecie czym bawi się moja bratanica Zuzia gdy jest u swojej babci??? Bawi się PRL-owskimi lalkami, plastikowymi mebelkami i innymi zabawkami, którymi ja bawiłam się ponad 3 dekady temu.

 

Pewnego dnia kuzynka zobaczyła, że Zuzia bawi tymi starociami. Uśmiała się niezwykle z tego faktu, gdyż jest zaledwie o rok starsza ode mnie i wzbudziły one u niej szereg wspomnień z jej dzieciństwa. Postanowiła wypożyczyć je na organizowaną przez siebie wystawę tematyczną w szkole, poświęconą zabawkom z czasów PRL-u. Wielu uczniów, zgodnie z moimi oczekiwaniami, stwierdziło, że lalki są szkaradne.

 

image002
Ja z moimi lalkami, jakieś 34 lata temu

 

 

image003
Bratanica z lalką z mojego dzieciństwa jakiś rok temu

 

Zuzia bawi się nimi i nie widzi w nich żadnej szkarady. Co śmieszne czyni to często z dziadkiem, inscenizując np. przedszkole. Tak, tak!! lalkami bawi się osoba, która wiele lat temu chciała „spacyfikować” te sentymentalne przedmioty z mojego dzieciństwa. Zuzia chętnie układa moje domino, przemawia do lalek, imitujących uczniów w jej szkole. Lalki stają się czasem pacjentami, których musi przenosić z dziadkiem na noszach, stworzonych zresztą przez niego z kijków do nordic walkingu. Tym sposobem starsza Pani i Pan potrafili zainteresować dziecko starymi, pozornie nikomu niepotrzebnymi zabawkami. Dziecko nie patrzyło na te stare przedmioty jak na graty, ale cenne rzeczy. Tak samo jak kiedyś spoglądałam na skarby na strychu, o których piszę dalej.

 

To moim zdaniem udowadnia, że warto czasem trwać przy swoim. Sentymentalizm mamy zwyciężył i dzięki niemu „starocie” z mojego dzieciństwa przeżywają drugą młodość. Korzyści wydają się nawet bardziej dalekosiężne. Może jeszcze uchowają się sentymentalni ludzie, którzy lubią po latach wyjąć stare zapiski ze szkoły, przejrzeć stare książki, pocztówki. Może to, jaki stosunek do przeszłości mają młode pokolenia, zależy od nas????

 

image004
Bratanica z dziadkiem

 

Magia strychu…

Owa fascynacja „starymi gratami” przywodzi mi na myśl ogromny strych w moim pierwszym domu, gdzie mieszkała z nami babcia. Na wielkim poddaszu leżała góra starych rzeczy. Dla mnie, mojego brata i kuzyna to była jednak magiczna góra skarbów. Ilekroć pozwolono nam w niej pogrzebać czuliśmy się jakbyśmy przekraczali granica nowego świata, który jako pierwsi mieliśmy szansę odkrywać. Patrząc oczyma dorosłego była to pewnie góra zbędnych rzeczy, popsutych lub nikomu niepotrzebnych zabawek. Od tamtej pory jednak ilekroć wchodzę na jakikolwiek strych czuję, że wstępuje do bajkowego świata.

 

Kilka lat temu przyjaciółka zaprowadziła mnie na strych do domu swoich rodziców mieszkających na wsi. Piękny stary strych, spowity pajęczynami, z wieloma wiekowymi, zapomnianymi, warunkowo niepotrzebnymi, meblami. Dlaczego warunkowo? Z tego właśnie magicznego miejsca podarowano mi starą szafeczkę nocną i skrzynię. Oczywiście starocie owe nadszarpnął ząb czasu i plastyczne rewolucje zamieszkujących niegdyś w domu dzieci. W wyniku tych rewolucji piękna drewniana skrzynia pomalowana została na przykład na niebiesko…. Oba wiekowe mebelki trafiły do mnie. Byłam strasznie szczęśliwa wioząc je do swojego nowego mieszkania. Jak myślicie, kto z niezwykłym skupieniem odnowił je i tchnął w nie nowe życie? Tak, mój ojciec Jan. Z niebiańską cierpliwością kilka dni siedział i zdejmował niebieską farmę ze skrzyni docierając do skrytego pod nią drewna. Dziś skrzynia i szafka stoją dumnie w moim mieszkaniu. W tych przedmiotach są zapisane kartki historii rodzinnej mojej przyjaciółki, która może nie jest osobą sentymentalną, ale myślę, że ilekroć mnie odwiedza uśmiecha się parząc na nie; uzupełnione przez historię mojej rodzinny jaką stworzyła mój ojciec, który kiedyś tak wzbraniał się przed gratami z przeszłości, a dziś daje im nowe życie i znaczenie.

 

image005
Moja mama, która strzegła skarbów rodzinnej przeszłości

 

Miałam jednak pisać o książkach a nie korzeniach rodzinnego sentymentalizu. Powrócę więc do tematu starych książek.

„Never ending story” czyli magia książek

Z książkami jest często tak, że jak się je otwiera, następnie kartkuje to przenoszą nas w inną rzeczywistość. Pamiętam dokładnie z dzieciństwa, gdy poszłam z rodzicami na film „Niekończąca się opowieść”. Byłam nim bardzo urzeczona. Gdy go obejrzałam ponownie po latach, będąc już dorosłą osobą, odnalazłam w nim całkiem nowe, piękne wątki. Film zaczynał się sceną, w której chłopiec wygrzebuje starą księgę. Czytając ją przenosi się do świata fantazji, w którym potem toczy walkę o jego istnienie. Ta scena wryła mi się w głowę tak mocno, że jakoś nigdy nie mogłam wyrzuć żadnej książki. Przyznam się, że kiedyś, gdy wyrzucałam śmieci, pod śmietnikiem zobaczyłam furę książek, które ktoś uznał za bezużyteczne. Korzystając z ukrycia nocy pospiesznie wyjęła kilka i wzięłam je do domu. Dziś gdy kupuje jakąś książka, która po przeczytaniu staje się dla mnie wartościową, zazwyczaj ją podpisuje swoim imieniem i nazwiskiem, zaznaczają swoją własność. Zresztą moje ulubione książki posiadają rozliczne ślady użytkowania: pozaginane rogi, podkreślenia.

 

image006
„Niekończąca się opowieść” to jeden z lepszych filmów jakie oglądałam w życiu

 

Święta Wielkiej Nocy w tym roku zgotowały mi fantastyczne zdarzenie, z książkami w roli głównej. Spędziłam je wraz z przyjaciółką w Jarocinie, spotykając się z gronem dobrych koleżanek. Jedna z nich zaproponowała, żebyśmy pojechały w niedzielę do Poznania, w którym odziedziczyła mieszkanie po swojej ukochanej cioci. Nie myśląc wiele, spakowałyśmy rzeczy i ruszyłyśmy na „zdobycie Poznania”. Ostatecznie okazało się, że Poznań w tym dniu był nie do zdobycia, gdyż nie przejawiał żadnych oznak tętniącego zazwyczaj tu życia. Jednak to było mało ważne, bo miałyśmy swoją paczkę i …. kilka czarujących książek, z którymi spotkałyśmy się w tym pozornie opuszczonym mieszkaniu. Po krótce jednak – jak doszło do tego spotkania.

 

W wybornych humorach, słuchając tandetnych dźwięków disco polo, dojechałyśmy na osiedle poznańskie. Wdrapałyśmy się z trudem, wynikającym z rozlicznych bagaży, na 4 piętro. Otworzyły się drzwi i weszliśmy do mieszkania po starszej, nieznanej nam Pani. Chodząc po pokojach czuło się jednak jakieś ciepło, mistyczną aurę. Często tak mam, że wchodząc do jakiegoś pomieszczenia wiem czy będę tam czuć się dobrze czy raczej nieswojo. Tutaj od razu wszyscy poczuli się „fajnie”.

 

image007
Jak widać w mieszkaniu czułyśmy się fajnie

 

Ekslibris czyli znak właściciela książki

W mieszkaniu cioci było multum książek, w szerokim przekroju tematycznym. Z dziką przyjemnością zaczęłam przeglądać tytuły. Jako że mam dziwnie rozwinięte upodobanie do wyobrażania sobie osób, o których ktoś mi opowiada, albo poznaje fakty z jego biografii, zaczęłam wyobrażać sobie ową ciocię. Wiele książek posiadało piękne ekslibrisy czyli znaki własnościowe posiadacza książki, które w tym przypadku przyjęły formę wklejonych do książek karteczek z imieniem i nazwiskiem jej posiadaczki. Każdy ekslibris ozdobiony był motywem architektonicznym - kolumny jońskiej. Kilka dni później, wertując strony internetowe okazało się, że ekslibris jest gałęzią sztuki, dla której organizuje się nawet specjalne wystawy. I powiem szczerze z chęcią wybrałabym się na takie wydarzenie. Każdy ekslibris to bowiem pojedynczy człowiek i jego historia zakotwiczona w mniej lub bardziej finezyjnej konstrukcji tego potwierdzenia własności książki.

image008

Odkrycie owych ekslibrisów w książkach anonimowej dotąd posiadaczki mieszkania spowodowało, że bezosobowawłaścicielka w jednym momencie stała się panią Ireną. Ogromną czułość wzbudzały książki z wpisami od kochanego męża Pani Ireny. Czytając dedykacje miałam wrażenie, że wkraczam do czyjegoś, dość intymnego świata. Wyglądając przez okno na poznańskie osiedle zastanawiałam się, co sobie myślała ciocia mojej koleżanki, podziwiając ten sam roztaczający się z okna widok. Położone okulary na parapecie, lusterko, kartka z luźnymi zapiskami, sprawiały wrażenie jakby tu ktoś był nadal. W wielu książkach bytowały jeszcze oznaki niedawanego życia: karteczki z zapiskami różnych haseł do dalszego zgłębienia, wyrwane strony z gazet. Przyglądając się wnikliwie półkom uginającym pod naporem opasłych ksiąg okazało się, że są one posegregowane tematycznie: dział religii świata, medycyny, psychologii…

 

Siedząc w jednym z pokoi myślałam sobie, że pewnie Pani Irena często leżała pod kocem na kanapie i czytała gromadzone z pasją książki. Dotykając ich miałam wrażenie, że nagle przenoszę się w czasie. Niczym duch siedzę w pokoju, w którym mąż pani Ireny kaligrafuje z anielską cierpliwości kolejny ekslibris dla małżonki. Ona zaś z w tym czasie, w sąsiednim pokoju, przy bladym świetle lampki, zgłębia zagadnienia medycyny sądowej albo diety wegetariańskiej. Otwieranie tych książek to była jak klatka z filmu „Niekończąca się opowieść”. Te mieszkania to była otwarta książka, z której czytało się historię pewnej Pani, o niezwykle arystokratycznie brzmiącym nazwisku, oraz jej męża.

 

W dolnych szafach poukładane były stosy gazet. Ktoś mógłby zapytać: po co to komu…. Doskonale rozumiem ten dziwny proceder, gdyż sama zatrzymuje wiele gazet, pokserowanych artykułów, jeżeli treści w nich zawarte są wartościowe. W wielkiej starej skrzyni w moim mieszkaniu leży 6 ogromnych segregatorów, w których ulokowane są różne artykuły, fragmenty książek posortowane tematycznie. Po co to komu???? Nie wiem. Będąc w tym poznańskim mieszkaniu poczułam dziwną nić wspólnoty z panią Ireną i pomyślałam, że w tej dziwności nie jestem odosobniona.

image009

Wieczorem wraz z koleżankami zasiadłyśmy do butelki whisky, dyskutując na babskie tematy. Przy łóżku była jeszcze jedna półka z książkami. Tematyka okazała się być mi bardzo bliska. W rządku stały, nieco okurzone książki poświęcone dietetyce, żywieniu. Jako pierwsza wpadła mi w ręce „Książka kucharska dla samotnych i zakochanych” z roku 1972.

 

Kartkuje ją z dziką przyjemnością i przeglądam kartki zapisane małymi literkami, okraszone znikomą grafiką. Dziś większość książek w stylu poradników dietetycznych, podróżniczych okraszonych jest masą pięknych zdjęć, wykresów, diagramów, tabelek. Oczywiście to efekt rozwoju techniki, postępu w zakresie kanałów komunikacji. Pewnie dzięki tym zabiegom nastąpiła lepsza wizualizacja prezentowanych tematów. Jednak czy przez to nie odebrano nam okazji do używania wyobraźni??? Dziś, niczym w wieku wczesnoszkolnym, uwielbiamy zaczytywać się w książkach zapisanych pismem obrazkowym. Lubimy mieć wszystko podane na talerzu, gotowe do spożycia. Czy nie potrafimy już dziś przekazać treści bez zdjęcia, filmu, obrazu??? Czy potrafimy wyobrazić sobie na podstawie słownego opisu zapach lawendy w górzystej miejscowości we Francji, smak jaja gotowanego na miękko? Autorzy książek poradnikowych z tamtych lat potrafili to zrobić.

 

 

 

 

image010
Jeżeli mój bełkot był zbyt naukowy to przepraszam

 

Książka ta została napisana takim językiem, że w ogóle nie przeszkadzał brak zdjęć, obrazków. Zadziwiła mnie ogromna lekkość stylu, rozczulało gładkie przechodzenie z wątku pieczenia pierogów do zasad dobrego wychowania przy stole. Oto pojawia się kilka prozaicznych, ale jakże mądrych i nie dezaktualizujących się porad: jeść regularnie, nie wstawać od stołu z uczuciem przesytu, iść na spacer po kolacji. Autor pisze o kuchni, ale co jakiś czas wtrąca cenne wskazówki, iż na przykład należy wietrzyć przed spaniem pokój przynajmniej 15 minut. W tekście pojawią się liczne cytaty a to z „Pana Tadeusza”, a to z mitologii.

 

Nowa moda, czyli kolejny hit czy kit żywieniowy?

image011

Dziś w rozmaitych książkach żywieniowych, na forach poświęconych kwestiom dietetycznym, co chwilę, jak grzyby po deszczu, pojawiają się odkrywcze schematy żywieniowe, rewolucyjne sposoby na pozbycie się nadliczbowych kilogramów. Ludzie, jakby co chwilę odkrywali Amerykę, krzyczą: nie jedz chleba, nie jedz tego lub owego. Autor „Książki kucharskiej dla samotnych i zakochanych” ponad 40 lat temu pisał w sposób prosty, bez naukowego bełkotu, który ja sama często uskuteczniam, klarownie wskazując co należy robić by nie być otyłym: „(…) Zachowajcie umiar w jedzeniu, ograniczcie tłuszcze, słodycze i pieczywo. Jedzcie więcej twarogu, pomidorów kapusty kiszonej, marchwi. Unikajcie tłustych smażonych mięs. Kluski, zaprawiane mąką i tłuszczem sosy, śmietana i tłuste wędliny oraz niestety zupy powinny niestety tylko wyjątkowo pojawiać się na talerzach grubasów”. Dziś po takiej lekturze zapewne prawnik pierwszej lepszej grubaski wytoczyłby autorowi proces o obrazę uczuć.

image012

Myślicie, że dieta bez glutenu, czyli białka zbożowego, to świeży hit??? Owszem może to nie jest kit, ale też żadna rewolucja. Autor bardzo obrazowo przedstawia co dzieje się z tym białkiem pod wpływem wody i temperatury podczas wypieku chleba: „Gluten nie rozpuszcza się w wodzie, lecz tworzy z nią ciągliwą masę, która decyduje wypiekowych wartościach mąki. Wtłoczone podczas wyrabiania ciasta pęcherzyki powietrza lub produkty gazowe rozkładu środków spulchniających otoczone są rozciągliwym glutenem. Pod wpływem wysokiej temperatury gazy te powiększają swoją objętość, rozpychają otoczki glutenu, sprawiają wyrastanie ciasta”. Przecież ten rodzaj białka, który poprawia teksturę wypiekanych produktów identycznie będzie zachowywał się w naszym organizmie, wywołując niemiły dyskomfort układu pokarmowego, ciężkość na żołądku.

image013

Dziś jednak ludzie uwielbiają dawać porwać się coraz to nowszym HITOM. Niedawno hitem była dieta Duckana. Dziś po tym hicie mamy tylko wspomnienie procesu karnego jaki został wytoczony twórcy diety, za trwały ubytek zdrowia ludzi, którzy ją stosowali. No cóż… chłop zapomniał dopowiedzieć swym klientom, że zwiększeniu ilości białka w diecie towarzyszyć musi zwieszenie ilości wypijanych płynów. W przeciwnym razie dojdzie do zakwaszenia organizmu, za które „bekną” w pierwszym rzucie nasze nerki. Po Duckanie pojawił się nowy hit - dieta bez glutenu. Wszyscy oszaleli, nagle powodem plagi otyłości całej planety stał się gluten. A może wystarczy mniej żreć (słynna dieta MŻ) i czynić to w sposób urozmaicony? Przecież głównym wrogiem każdego planu żywieniowego jest NUDA wynikająca z jednostronności.

image014

Jednak my często wolimy ufać jakimś nieznanym nam bliżej HITOM, rozbłyskającym na niebie jak noworoczne petardy. Petardy błyszczą i cieszą tylko chwilę. Tak samo niezwykła siła i moc unikalnych preparatów odchudzających okazuje się być krótkotrwała, wypierana najczęściej przez kolejny HIT. Najnowsze hity odchudzające to zielony jęczmień, ciut wcześniej była zielona kawa. Nie dziwie się w ogóle, że pojawiają się co chwilę nowe wynalazki odchudzające, bo skoro jest popyt na HITY ODCHUDZAJACE dlaczego nie wykorzystać go i stworzyć odpowiedniej podaży w tym sektorze rynku? Najczęściej wszystkie hity są tym skuteczniejsze, im bardziej są obrzydliwe w smaku. Wpadłam wiec na pomysł, ażeby zareklamować moc odchudzającą wiosennej kiełkującej trawy. Niezły biznes byłby z tego, gdyż rośnie ona wszędzie. Opracuje szczegółowy opis wartości owej trawki, wyposażonej w rewolucyjny, odkryty przez grupę badaczy, cudowny błonnik, który absorbuje zastygły tłuszcz w organizmie i ludziska ustawią się do mnie w kolejce. Oczywiście poprę wszystko najnowszymi technologiami badawczymi Uniwersytetu… na przykład imienia dr Kathhrine de Matell (brzmi nieźle co?).

 

Mam wrażenie, że wielu tak daleko zabrnęło w tym powszechnymi pędzie ku byciu wyjątkowymi, że często dajemy się zwariować różnym modnym trendom. Grubaski (przepraszam ludzie dotknięci nadwagą i otyłością) szturmują sklepy w poszukiwaniu magicznych specyfików i co? I … aż chce się powiedzieć „i gówn…..”. Może warto wrócić do podstaw, do odwiecznych zasad żywienia. Odchudzanie to nie jest żaden wyczyn, ani tajemna wiedza. Przestrzeganie zasad zdrowego żywienia nie gwarantuje nam natychmiastowości, która jest wyznacznikiem społecznego pożądania danego produktu. Jak coś od zaraz nie spowoduje cudów oceniamy to jako „gówn…”. Korekta nawyków żywieniowych poparta silną motywacją i konsekwencją to tak naprawdę klucz do trwałych zmian. Ażeby uzyskać efekty takiego postępowania potrzeba jednak miesiąca a czasem dwóch. A czekanie jest dziś takie niemodne…. Poza tym… kto taki marny HIT sprzeda i za ile…

 

image015
Czy ten posiłek dietetyczny jest NUDNY?

Od wielu lat promujemy na szkoleniach nurt żywienia zgodnego z zegarem biologicznym, zakładający spożywanie w ostatnim posiłku węglowodanów o niskim indeksie glikemicznym, a w pierwszym posiłku przewagę białka. W starych książkach, które znalazłam w pokoju Pani Ireny piszą o tym/ jak o zwykłej wiedzy, którą powinna posiadać każda dobra gospodyni. Broń Boże w ostatnim posiłku nie zaleca się przyjmować ciężkostrawnych potraw, które zaburzą sen i spowodują, że wstaniemy niewyspani. Czy jak byliście dziećmi mama pozwalała Wam jeść grzyby na noc, albo karkówkę z kapustą kiszoną??? Oczywiście, że nie, gdyż taki pokarm zalegałby w żołądkach. No właśnie to skąd pomysł picia białka przed snem??? No tak… to miał być ten NOWY HIT.

 

Odwieczna wojna: jaka pora na aeroby jest najlepsza?

 

image016
Kiedy jest dobra pora na aeroby?

Od lat, jak mantrę, przestrzegamy żeby nie wykonywać treningu aerobowego mającego na celu redukcję tkanki tłuszczowej rano na czczo. W książce „200 potraw z kaszy i mąki” pochodzącej z roku 1990 czytamy w dziele „Wiadomości ogólne”: „(…) Do prawidłowych przemian tłuszczowych konieczne są węglowodany, gdyż tłuszcze spalają się ogniu węglowodanów”. Skoro węglowodany są potrzebne do spalania tłuszczu, a rano gdy wstajemy, jeżeli nic nie jedliśmy, mamy ich ograniczone zasoby we krwi, to wykonywanie treningu mającego przyspieszyć spalanie tłuszczu o tej porze dnia jest po prostu mało efektywne. Dlatego między innymi, że niska glikemia (poziom cukru we krwi) w wyniku treningu obniża się jeszcze bardziej doprowadzając do huśtawki glikemicznej, a deficyt glukozy nie pozwoli na efektywne spalanie tłuszczu. Większość kursantów grzecznie kiwa głową gdy taką argumentację im podajemy, ale ¾ z tych osób po wyjściu z sali puka się w głowę i mówi „bzdura, przecież najlepsi zawodnicy mówią, że aeroby należy robić na czczo”. I szczerze mówiąc mam to głęboko w du…. co przyszli trenerzy zrobią z tą wiedzą. Ja swoją misję spełniłam, przekazałam wiedzę, którą jestem w stanie racjonalnie uargumentować. W latach, z których pochodzą książki znalezione w mieszkaniu pani Ireny, znajomość fizjologii była na niższym poziomie. Nikt nie mógł otworzyć Google i w 3s uzyskać wiarygodnej odpowiedzi. To co stało się przez te 30 – 50 lat? Nastąpiła zbiorowa amnezja???? Nagle nauka uczyniła krok w tył???? Nie. Dziś zamiast sami szukać odpowiedzi na nurtujące nas pytania uwielbiamy zawierzać różnym „guru”. Nie mamy czasu na ślęczenie i zgłębianie naukowych, monotonnych wykładów. Skoro guru, który sprawdził coś na sobie i to zakończyło się sukcesem to wystarczy powtórzyć ten schemat, za który najczęściej płacimy grubą kasę. A to jakim kosztem zostaje osiągnięty pożądany efekt ( „zjadanie mięśni”, uszczerbek na zdrowiu) to mało ważne. Liczy się szybki efekt. Szybki efekt to najlepsza reklama dobrego trenera personalnego.

 

Zapomniane rady, które za grube pieniądze sprzedaje Perfekcyjna Pani Domu

 

Wertując „Książkę kucharską dla samotnych i zakochanych”, „Gospodarstwo Domowe: zajęcia praktyczno – techniczne dla dziewcząt” natknęłam się na masę mądrych i prostych porad.

image017

Jak to się stało, że my to wszystko zapomnieliśmy. Dlaczego nie pamiętamy, że dobrym sposobem na opanowanie kipiącego mleka jest posmarowanie górnej krawędzi garnka masłem. Jakież to logiczne, że gotujące się mleko owej maślanej granicy nie przekroczy. W domu rodzinnym do gotowania mleka zawsze używany był osobny garnek. Tak zawsze było i nie dociekałam dlaczego, jak również dlaczego, przed wlaniem mleka mama płukała owy garnek wodą. Mając lat 36 rozwikłałam tę zagadkęJ. Mleko chętnie przejmuje obce zapachy, stąd garnek musi myć przeznaczony tylko do niego. Opłukanie garnka wodą przed zagotowaniem w nim mleka chroni przed jego przypaleniem.

 

A dlaczego należy płukać makaron po ugotowaniu zimną wodą?. Sama tego uczę i powtarzam, że w ten sposób zapobiegamy dalszemu pęcznieniu skrobi, zamykamy jej ziarenka, pozwalając aby produkt był al. dente, uzyskując w ten sposób niższy indeks glikemiczny niźli ten sam rozgotowany na papkę (niższy indeks glikemiczny = dbanie o szczupłą sylwetkę). Oczywiście to wszystko to prawda, do tego naukowa i niekoniecznie porywająca zwykłego Kowalskiego. A przecież głównym celem tego zabiegu jest uwolnienie makaronu od zawartego w wodzie krochmalu, czyli płynu powstającego z wymieszania skrobi z wodą (tak to ten sam środek, kiedyś używany do krochmalenia pościeli w celach higienicznych).

 

Kurcze co się stało w przeciągu ostatnich lat, że przestaliśmy mówić, pisać do siebie tak wszechstronnie, dotykając różnych sfer życia człowieka? W książce roi się od dobrych rad na wzór dobrych rad mamusi. Obecnie strasznie modne stały się programy medialne z udziałem pseudo profesjonalistów, którzy m.in. sprzątają mieszkania domownikom nie mogącym poradzić sobie z codziennymi porządkami. Owe programy robią zwrotną karierę wśród młodych „pań domu”. W pozornie nieatrakcyjnych książkach znalezionych u pani Ireny, a potem także w biblioteczce mamy, kryje się mądrość 10 cykli „Perfekcyjnej pani domu”.

 

Nesca – nowe oblicze kawy?

 

Myślicie, że kawa neska pojawiał się dopiero gdy do biednych popeerlowskich domów trafiła kawa rozpuszczalna, która przyszła do nas z Zachodu??? Otóż nie. Autor „Książki kucharskiej dla samotnych i zakochanych” podaje łatwy przepis na kawę po arabsku, turecku, malajsku. W żadnym z tych przepisów nie zalewa się kawy wrzątkiem. Najprostszy sposób zaparzania kawy, zgodnie z zamieszczonym w książce opisem, polega na wsypaniu zmielonej kawy do gotującej wody w garnuszku. Nie dopuszczając do zagotowania, garnuszek zdejmuje się z ognia i nakrywa pokrywką. Po 5 minutach kawa jest przecedzana do filiżanek, wcześniej ogrzanych gorącą wodą (w ten sposób kawa szybko nie wystygnie). Z kolei „neska” to kawa powstała przez rozpuszczenie łyżeczki zmielonej kawy wprost w filiżance wrzątku. W przepisie kawy po arabsku uwzględniony jest cynamon, w przypadku kawy po malajsku dodawać się powinno skrawek prawdziwej wanilii. I jak? w czasach PRL-u ludzie nie mieli fantazji?

 

Prodiż czyli błogie wspomnienia i bon ton

image018

Rozdział „Pochwała prodiża, czyli o gościach ciąg dalszy” uruchomił u mnie pokłady wspomnień związanych z świątecznymi wypiekami, które mama do dziś przyrządza w tym urządzeniu. Prodiż dziś ma ponad 40 lat, działa bez zarzutu i mam nadzieję kiedyś wzbogaci moją galerię cennych przedmiotów „obarczonych” cudownymi wspomnieniami.

 

Któż by dziś pisał o tym, że prodiż wprowadza ciepło do mieszkania. W tej malutkiej książce autor umieścił kilka przepisów dań, jakie można przygotować w prodiżu np.: pilaw turecki, mięso zapiekane w sosie beszamelowym, babka piaskowa. Ludzie znali się sztuce kulinarnej od dawien dawna, a nie dlatego, że niedawno pojawił się program „Hells Kitchen”.

 

Książki z tego okresu maja w sobie dziwną moc. Nie są to suche książki poświecone sztuce kulinarnej, ale książki które przy okazji, jakby całkiem przypadkiem, wprowadzają wiele porad życiowych z grupy „bon ton”, rozsądnego picia alkoholu, żywienia na kempingu. Przy okazji opisu kolacji przyrządzanej w oparciu o prodiż dowiadujemy się, że gorąca kolacja wymaga wielkiej punktualności i nigdy nie powinno się czekać na spóźnialskich, gdyż jest to wyraz braku szacunku dla tych którzy przyszli punktualnie. Jakie to mądre i prawdziwe. Autor na końcu nadmienia: „Oczywiście rady te nie mają żadnego zastosowania, gdy zapraszacie tylko jedną, i to najmilszą sercu, osobę. Czekaj wtedy cierpliwie, a gdy sympatia wreszcie przyjdzie, nie rób scen. Najwyżej jedną wymówkę przy kawie lub herbacie”. Proste :)

 

image019
Maminy prodiż

 

Zakończenie

 

Dziękuję Bogu za wrażliwość, która pozwala mi głęboko odczuwać pewne treści i empatycznie współodczuwać różne sytuacje życiowe. Tak naprawdę ta magiczna podróż do mieszkania Pani Ireny, lektura kilku poradników żywieniowych z jej potężnej kolekcji książek, znalezienie pokrewnych książek u mojej mamy, wzbudziło taki natłok myśli w mojej głowie, że przez 4 dni próbowałam je jakoś uporządkować przelewając na papier.

 

Koleżanka, która stała się dziedziczką mieszkania po cioci podarowała mi kilka jej książek. Często w życiu jest tak, że pozornie drobne gesty nas poruszają. I ten właśnie taki był. Dopóki ja żyje, pozycje te będą dumnie stały na półce mojego mieszkania i z przyjemnością będą do nich zaglądać, mając przed oczami postać pani Ireny, której nie widziałam, ale obcując z jej schedą w postaci biblioteczki miałam szansę ją nieco poznać.

 

Tegoroczne święta uważam na niezwykle udane. Złożył się a to poznański wieczór, dzień poprzedzający który spędziłam w domu na wielkopolskiej wsi, czując się tam jak u siebie. Myślę, że nic nie dzieje się przypadkiem, i to czy zdarzenie jest błahe, spływające po nas, czy staje się wartościowym kamykiem budującym naszą tożsamość, zależy tylko od nas.

 

Nie liczę, że komukolwiek, kto szczególnie nastawiony jest na „natychmiastowość”, zechce się czytać ten wywód, który stał się wielowątkowym strumieniem wniosków. Może jednak ktoś znajdzie zdanie, które otworzy w jego głowie nową furtkę, wskaże jakąś możliwość. Bo nie ma bardziej kojącej rzeczy w przyspieszającym pędzie dziejących czasów, jak zanurzenie się choć na chwilę w sobie, swoich przeżyciach, ale tych dobrych, wnoszących nowe wartości do naszego życia

 

Patrząc na stary bujak po babci, który został mi podarowany przez ciocię odzywają się ciepłe wspomnienia o babci. Widzę jak mi macha z okna gdy idę do szkoły. Wertując podarowane mi przez koleżankę książki widzę uśmiechająca się panią Irenę.

 

Moja mam tchnęła życie w stare lalki, tata w meble, które odnowił, a ja dzięki wyprawie do Poznania, koleżance, która z dobrego serca podarowała mi książki, dałam im nowe życie.

image020
I co podobało się????

Już zupełnie na koniec piękny cytat: „Stwórca, zmuszając człowieka do przyjmowania pokarmów, zaprasza go do tego za pomocą apetytu, a wynagradza przyjemnością”. Wszystkim, którzy dotrwali do końca tej lektury, życzę niesamowitych przyjemności smakowych, które nie wchodzą w dup…..

Nie masz uprawnień do dodawania komentarzy.

Copyright © 2017 Sylwetka.org. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.